niedziela, 18 czerwca 2017

Mleko czekoladowe

7% dorosłych Amerykanów jest przekonanych, że mleko czekoladowe pochodzi od brązowych krów – taki jest wynik badania przeprowadzonego przez Innovation Center for U.S. Dairy, rządową komórkę zajmującą się nabiałem. Może by i to śmieszne było, gdyby nie było takie straszne. Dwie dekady systematycznego dewastowania edukacji dają nadzieję, że również nasz piękny kraj może zaroić się od takich intelektualistów...

poniedziałek, 12 czerwca 2017

3 urodziny

Miał być tylko na chwilę, a obchodzi dziś trzecie urodziny. I istnieje realne niebezpieczeństwo, że mogą się zdarzyć też następne, bo blogowanie wciąż sprawia mi przyjemność. W ciągu tego trzeciego roku popełniłem parę całkiem fajnych postów: Sen, Zasadzka, Weekend, cykl modystka oraz dyptyk (z czasem na pewno się rozbuduje, bo obiekt nader wdzięczny do opisywania) poświęcony Bibi, równie jak ona brawurowy - Kąpiółka i O zmarnowanym potencjale. Również moja recenzja płyty Rafała Blechacza Bach Blechacza mi się podoba. W temacie recenzji nie jestem tak całkiem dziewiczy, bo dawno temu, na początku studiów, kilka moich recenzji (muzycznych i filmowych) zostało wydrukowanych. Ich emocjonalna szczerość bardzo się redaktorom naczelnym podobała. Nie kontynuowałem tej przygody jednak, bo studia pochłonęły mnie bez reszty.

Na koniec wspomnę o tym, co w całym tym trzyletnim okresie mojego blogowania ucieszyło mnie najbardziej, czyli trwałym skonsolidowaniu Szalonego Marcina z konsolą przez Grupę Szalonych Mikołajów - ludzi świetlistych, dryfujących po bezkresnych odmętach Internetów pośród niezliczonego mrowia innych żeglarzy. Mam nadzieję, że w tym roku również uda nam się coś wykręcić w ramach Robótki.

Szalony Marcin tuż po otrzymaniu konsoli 
 Happy birthday mój blogu.

piątek, 9 czerwca 2017

Ekspozycja

(…)

Seledynowe kalosze, spodnie i sweterek były rażące, ale nie niebezpieczne, bowiem prawdziwym zagrożeniem była kurteczka, której seledyn zamachnął się na mnie i próbował wypalić mi rogówkę. Durny ja, niepomny zagrożenia długo kontemplowałem ów zestaw, w który koleżanka (no bo któż by inny) się wystroiła, a wpatrywałem się weń, zwłaszcza w ową kurteczkę, bo jeszcze nigdy nie widziałem takiego odcienia seledynu – nazwałbym go laserowym. No i ów laserowy seledyn poraził me błękitne, nieprzywykłe do takiej ekspozycji oczęta i wyłoił moją biedną rogówkę. Zdążyłem jedynie pomyśleć nadaremno „Boże! Boże!” i mrugnąłem, co uratowało mój wzrok, a może nawet życie, bo jestem przekonany, że gdyby nie ten bezwarunkowy odruch, laserowość owego seledynu przeszyłaby mój mózg aż do potylicy, jak strzała. Nie patrzyłem więcej, choć patrzeć było na co. Koleżanki za to patrzyły, oj patrzyły. I podśmiechiwały się pod nosami dyskretnie, kontemplując zachłannie i nie odnosząc przy tym żadnych obrażeń, co skłoniło mnie do refleksji, że są genetycznie uodpornione na takie ekspozycje. Kobiety znaczy.

(…)

wtorek, 6 czerwca 2017

Moc mediacji

- Jaja ci od tego syfu odpadną - tym krótkim, a jakże treściwym zdaniem, jedna z kilku narzeczonych mojego sąsiada zrecenzowała porządek i czystość panujące na jego balkonie. Wzruszył tylko ramionami, wciągnął ją do mieszkania, gdzie dalej pogadali sobie w body language. W efekcie owych negocjacji, które słyszało chyba całe osiedle, balkon właśnie się sprząta. Pani w oszołomieniu ponegocjacyjnym go pucuje. To się nazywa siła argumentacji! 

czwartek, 1 czerwca 2017

Bach Blechacza


Wydawać by się mogło, że w fortepianowych interpretacjach utworów Bacha powiedziane zostało już niemal wszystko przez Goulda, Argerich, Schiffa i innych tuzów pianistyki, okazuje się jednak, że sporo jeszcze dodać można, bowiem pojawiła się niedawno płyta (10 lutego b.r.), wydana przez Deutsche Grammophon, na której Rafał Blechacz gra Bacha. Płyta, którą potwierdza on swoją pozycję jednego z najbardziej utalentowanych i najciekawszych koncertujących pianistów. Mam do niego stosunek szczególny, bo jest moim ulubionym – muzycznym geniuszem fenomenalnie igrającym z formą, fakturą i barwą, szalenie wyrafinowanym, a jednocześnie wzruszająco szczerym, wrażliwym i nieskalanym efekciarstwem. I taka też jest jego interpretacja Bacha – skrząca się radością, urzekająco promienna, perliście selektywna, misternie precyzyjna, rozśpiewana, chwilami zamyślona i rozmodlona, poruszająca, fascynująca i zachwycająca. Blechacz, fantastycznie czujący Bacha, wykorzystuje jego złożoną wielogłosowość i rozbudowaną figuratywność do kreowania całych poematów, brzmiąc chwilami jak organy, czasami jak wielogłosowy chór, klawesyn, a innym razem jak głos solowy, a wszystko to precyzyjne, selektywne i doskonale czytelne. Płyta jest perfekcyjna, ale – co dla mnie kluczowe – pozbawiona studyjnej sterylności. Utworem, który zamyka całość jest transkrypcja fortepianowa chorału „Jesus bleibet meine Freude” z kantaty „Herz und Mund und Tat und Leben” BWV 147, w której Blechacz wznosząc się na wyżyny artyzmu zapładnia moją wyobraźnię obrazami strzelistych sklepień, refleksów słonecznych przenikających kolorowe witraże i igrających na białych ścianach, unoszącego się dymu kadzidła, dochodzących z oddali głębokich dźwięków organów, aksamitnego brzmienia chóru i ciepłego tenora śpiewającego melodię chorału. Słucham, chłonę i wciąż nie mam dość...
  


niedziela, 28 maja 2017

Zasadzka

(…)

Wychodząc z domu nie podejrzewałem, że rzeczywistość zasadziła się na mnie w żywopłocie naprzeciw wejścia do bloku. Przeszedłbym mimo nie zauważywszy, gdyby nie dźwięk pluskania, który objawieniu się rzeczywistości towarzyszył i sprawił, że niestety podniosłem oczy i zostałem porażony wizerunkiem wielkiej, wypiętej wprost na mnie dupy. Ja wiem, że użyłem słowa "dupa". Wiem, że to wulgarne, są jednak w życiu człowieka chwile, kiedy tylko dosadne, wulgarne słowo może adekwatnie opisać rzeczywistość. Zwłaszcza, kiedy nokautuje, zawstydza i zmusza do ucieczki do auta, a wszystko to w jednej sekundzie. Czmychając kątem oka zarejestrowałem, jak rzeczywistość wciąga na dupę legginsy, wyłazi z chaszczy i godnie krocząc odchodzi. Tego nie da się odzobaczyć! Ten obraz zostanie ze mną już na zawsze i za każdym razem, kiedy zobaczę czołówkę filmu MGM z ryczącym lwem, rzeczywistość z wypiętą frontalnie na mnie dupą stanie mi przed oczyma jak żywa. Niestety. I lepiej nie drążyć dlaczego akurat czołówka MGM… Ech… 

(…)

sobota, 27 maja 2017

O identyfikacji, lustracji i kompilacji

(...)

Cały wczorajszy wieczór czułem się nieswój. Brakowało mi jakiegoś elementu towarzyszącego w kontrapunkcie. Nie potrafiłem go jednak zidentyfikować, a że jego brak mi nie doskwierał, przestałem zawracać sobie tym głowę. Dziś rano sprawa wyjaśniła się sama, a w zasadzie wyjaśnił mi ją sąsiad, kiedy stałem się mimowolnym audytorium jego telefonicznych zwierzeń, snutych na balkonie przy paleniu papierosów. Mianowicie któryś z sąsiadów wreszcie nie zdzierżył jego popołudniowo-wieczornych muzycznych transmisji, którymi nas uszczęśliwiał do późna i zwrócił mu uwagę, którą on zignorował. Kiedy przedwczorajszym wieczorem ponownie obdarował nas tradycyjnym łomotem, tuż po 22 któryś z sąsiadów nasłał na niego policję. Nie powiem, że mnie to nie uradowało, bo sam wielokrotnie miałem ochotę to uczynić, kiedy moje łóżko wraz z podłogą podskakiwało w rytm aplikowanych przez niego łomotów. Mam nadzieję, że zmiana okaże się trwała.

(…)

Nie wiem, czy to z powodu oszołomienia ciszą, czy może dziesięciogodzinnego, cudownego wyspania się, a może z obu powodów, podczas lustracji mojej własnej, osobistej twarzy, dokonanej w łazienkowym zwierciadle dziś rano podczas mycia zębów, zakiełkowała we mnie refleksja, która prawie nigdy mi się nie zdarza, że jeszcze całkiem fajnie sobie wyglądam na gębie, nawet lepiej niż dwadzieścia lat temu. Pokrzepiony tą niespodziewaną myślą oddaliłem od siebie pokusę wielogodzinnego kontemplowania własnej urody, w celu zrobienia zapasu dobrej refleksji na gorsze poranki...

(…)

Robiąc kompilację piosenek do słuchania w aucie odnalazłem kilka, o których dawno zapomniałem, a kiedyś bardzo lubiłem. Tak już mam, że piosenki spinają się w mojej głowie z wydarzeniami, ludźmi, miejscami, zapachami i słuchane nawet po wielu latach uruchamiają geometrię wspomnień, czasem niewyraźnych, zamglonych, zredukowanych przez czas jedynie do poczucia niejasnego ciepła, które trudno z czymkolwiek konkretnym powiązać, a czasem pełnych kolorów, twarzy i słów zastygłych w powietrzu. „Come along” Titiyo jest właśnie jedną z tych obfitujących w barwne wspomnienia…