środa, 22 marca 2017

Pozwolenie

Miejsce akcji: praca. W rolach głównych: ja i głos kolegi w telefonie, który dzwoni tuż przed rozpoczęciem pracy.

- No co tam?
- Hej. Dzisiaj się trochę spóźnię.
- Ok, pozwalam.
- Pamiętaj, że tak naprawdę to ja pozwalam Tobie pozwolić...
- Pamiętaj, że to ja pozwalam Ci myśleć, że pozwalasz mi pozwolić...

Kurtyna.

niedziela, 19 marca 2017

O szyderczym chichocie

(...)

Kompletnie zignorowawszy rachunek prawdopodobieństwa los zaśmiał się szyderczo, po czym perfidnie wycelował dokładnie w tę samą parę, którą już onegdaj sponiewierał wystawiając w kościele na publiczną ekspozycję. Wiedział dobrze, że prawdą jest to, co twierdzi psychologia, że nie uczymy się na swoich błędach, a jedynie je utrwalamy i wykorzystał tę wiedzę z całą bezwzględnością. Czwarta ławka licząc od przodu. Nie wiem, co w sobie ma, że doskonale obły pan i równie idealnie krągła pani ciągną do niej jak ćmy do płomienia, choć zdecydowanie unikać jej powinni, zwłaszcza, że wabi ich ona obydwoje symultanicznie, jak jakaś rosiczka. Obła pani przeszedłszy nawę zatrzymała się przy owej pechowej czwartej ławce, wymownie dawszy siedzącemu już na jej brzegu obłemu panu do zrozumienia, że chce w tę ławkę wejść. Pan nie chciał się rozstać z owym, najwidoczniej ulubionym przez siebie skrajnym miejscem, jednak niepomny doświadczeń sprzed kilku miesięcy nie wyszedł z niej, żeby pani przejść mogła swobodnie, ale uniósł się jedynie, zmuszając ją do przeciskania się, czym niechcący wykreował zdarzenie dla siebie i pani krępujące, acz dla postronnego widza spektakularnie malownicze. Jakieś wspomnienie przebytej traumy musiało się kołatać w pamięci pani, skoro do procedury przeciskania się podeszła odmiennie i zaszła pana tyłem. Swoim. I to dosłownie. Z całą pewnością odniosłaby sukces, gdyby nie jeden drobiazg, który jej w tym przeszkodził – obłość. A w zasadzie dwie, które się na siebie nałożyły. Przeciskawszy się albowiem, pani niechcący ześlizgnęła się wprost w próżnię dokładnie pomiędzy krągłością pana a jego udami i utknęła w niej strategiczną częścią swojej cielesnej powłoki, zwanej przez niektórych niewymowną. Widok był porażająco naturalistyczny. I z całą pewnością odświeżył obydwojgu pamięć o ekscesie sprzed kilku miesięcy, bowiem bezzwłocznie podjęli czynności zaradcze. Pani złapawszy oparcie ławki poprzedzającej ciągnęła ile tylko sił miała, pan zaś pomagał jej w tym usiłując oburącz przesunąć jej biodra w bok, aż obydwoje poczerwienieli na twarzach z wysiłku. Ławka skrzypiąc rozpaczliwie wytrzymała szczęśliwie tę ekstremalną ewolucję, a wspólny wysiłek zaowocował sukcesem, okraszonym dwoma ciężkimi klapnięciami zadanymi siedzisku z nieco większą energią niż to zwykle bywa. Powstrzymawszy z wielkim trudem atak pełnego współczucia śmiechu pomyślałem, że o ileż łatwiej poszłoby im, gdyby pan miast uparcie trwać w półprzysiadzie tworzącym ową więżącą panią próżnię, po prostu usiadł...

(...)

wtorek, 14 marca 2017

O powrocie do normy

Koleżanka powróciła z urlopu wypoczęta, wyluzowana i jakaś taka stonowana, bowiem kilim, którym się była spowiła dla uświetnienia swego powrotu uczyniony był zaledwie z kilku barw: wiśni, rubinu, szkarłatu, karmazynu i pąsu. Czyli bardzo skromnie. Przy bliższym oglądzie kilim okazał się być imitacją indiańskiego ponczo. Całości dopełniały wpięta we włosy, migocząca sztucznymi rubinami dorodna kokarda, wyglądająca jak gigantyczny, połyskujący motyl uczepiony jej potylicy, wypiłowane i umalowane na czerwono szpony, wypomadowane na rubinowo usta oraz plastikowa torebka w kolorze czerwieni rajdowej, o fakturze nieudolnie udającej gadzią skórę. Wzruszyłem się widząc, że wszystko wróciło do normy. Świat odzyskał kolory i blask...

czwartek, 9 marca 2017

O wypłowieniu świata

(…)

Zaczęło się tak niewinnie od spojrzenia ot tak przed siebie. Mój wzrok niepowstrzymany śmignął za okno ponad dachami aż po horyzont. Rozbuchana swoboda owego wzrokowego śmignięcia sprawiła, że poczułem się jakiś taki nieswój. Coś się zmieniło. Dramatycznie. Czegoś było mi brak. Jakiegoś punktu odniesienia. Oparcia. Bez którego przewróciłem się i runąwszy w głąb mojego jestestwa zwiedziłem niektóre jego zakamarki. Introspekcja była ciekawa, ale dość krótka, bo próbując zogniskować na czymś wzrok skonstatowałem, że świat zszarzał i wypłowiał, jakbym nagle zapadł na daltonizm. A jeszcze wczoraj cieszył oczy wysoce skondensowanymi barwami nader inspirującej kreacji koleżanki, która przebrała się była za klauna. Nie sądzę, żeby to była świadoma stylizacja – po prostu tak jej samo niechcący wyszło, dzięki szalenie efektownej tunice w kolorze arogancko soczystej zieleni, przyozdobionej od frontu trzema krwistoczerwonymi pomponami. Uśmiechnąłem się przypominając to sobie i w tym momencie mnie olśniło. Zrozumiałem skąd to moje wrażenie zapadnięcia na nagły daltonizm i poczucie braku. Nie było JEJ! Nie było tej mojej ulubionej, przemocą swoich wysoce skoncentrowanych kolorystycznie kreacji oraz migotliwością dodatków osaczającej i więżącej mój wzrok (nie sposób od nich oczu oderwać!), koleżanki. Aktualnie przebywa na urlopie. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak ja się w robocie odnajdę!

(…)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Kolczuga i inne militaria

(…)

Drzwi się otwarły i pojawiła się w nich roziskrzona, srebrzysta postać. Migotliwe świetlne iskry, jak maleńkie błyskawice, skakały po niej oślepiając moje oczy. Anioł – pomyślałem oniemiały, kiedy świetlista postać zbliżała się w moim kierunku. Chciałem wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w krtani. I dobrze, bo to nie był anioł tylko koleżanka przyodziana w srebrną kolczugę. Tak, w kolczugę! Zabezpieczającą ją od szyi po kolana. Usiadła na swoim miejscu odprowadzona spojrzeniami pełnymi szczerego podziwu. Zastanowiło mnie, dlaczego przy siadaniu kolczuga ta nie zazgrzytała i nie zachrzęściła, jak można byłoby się spodziewać. I jak powinna była! Brak owego chrzęstozgrzytu zrodził moje podejrzenie, że nie jest ona wykonana z metalu, a z jakiegoś innego, tajemniczego materiału. Może to owa legendarna kolczuga mości Froda, wykonana z bezcennego mithrilu, miękka jak jedwab i mocna jak kevlar połączony z włóknami aramidowymi i szybą przeciwpancerną? Frodo odpłynął za morze, więc nie jest mu już potrzebna, a dla koleżanki jak znalazł. Nawet jeśli to nie mithril, a zwykła srebrna dzianina, to i tak nie można nie docenić jej psychologicznego oddziaływania na ewentualnego zamachowca. Skąd taki wniosek? Ano stąd, że koleżanka porusza się głównie komunikacją miejską, a po przeczytaniu posta diabła w buraczkach >>KLIK<< o czyhających w niej zagrożeniach, olśniło mnie: koleżanka po prostu się zabezpiecza przed ewentualną napaścią uzbrojonych strzyg ową miejską komunikacją się przemieszczających. Choć… Znając ją, nie sądzę, żeby jakakolwiek strzyga ośmieliła się na nią targnąć ręką, szponem, tudzież innymi militariami. Po prostu, jak mówi gawiedź u mnie w górach, ręka by jej „uskła” zanim by koleżanki dosięgła. Odgryzłaby ją jej z szybkością błyskawicy. Zerkając dyskretnie na to cudo, które na siebie włożyła, pomyślałem sobie, że gdyby ją zobaczył pan Jacyków, botoks w twarzy by mu się zwarzył, zalewając jego jestestwo taką dawką zwarzonej botuliny, że zwoje mózgowe rozwinęłyby się mu i zwinęły z powrotem w odwrotnym kierunku, zmieniając go przy okazji z waginosceptyka w waginoentuzjastę, tak, że padłszy na kolana błagałby ją skamląc, by go wystylizowała i poślubiła. Paradowaliby potem razem wystrojeni po czerwonych dywanach salonów…

Ciekawe, czy w spadku po mości Frodzie otrzymała też słynną pelerynę niewidkę? Jeśli któregoś dnia w robocie ujrzę samoklikającą klawiaturę, samoprzemieszczające się powietrzem kartki papieru, tudzież samobujający się fotel (koleżanka lubi się czasem na fotelu bujnąć), będę wiedział, że to nie żadne czary mary, a dzień prezentacji owej peleryny niewidki. Skomplementuję, że bardzo twarzowa. A co…

(…)

Gocha zadzwoniła wczoraj, żeby pogadać. Nie jest to w tym wypadku (wyjątkowo) eufemizm, bo rzeczywiście zadzwoniła, żeby pogadać a nie, jak ma w zwyczaju, pomonologować. Miała niezmiernie rzadki napad potrzeby realizacji integrującego dialogu, żeby poczuć się częścią jakiegoś środowiska i muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się z nią pogadało. Nie to, że szał był i tyłek urwało, nie. Konwencja pępka wszechświata zarządzającego wszystkimi i wszystkim nie była jednak dominująca, co w jej przypadku było ogromnym poświęceniem, do jakiego – zdawało mi się – nie była zdolna i już to, w konfrontacji ze zwykłą jej egocentryczną megalomanią sprawiło, że gadało się przyjemnie. Człowiek zna kogoś całe życie i wydaje mu się, że zna tego kogoś dobrze, a tu proszę, surprise, bo okazuje się, że nawet Gocha czasem potrafi swój egotyzm utrzymać na wodzy. W tym kontekście, po tym jak ją bezlitośnie obsmarowałem onegdaj – a powszechnie wiadomym jest, że prędzej język bym sobie wyrwał niż obmówił bliźniego - obiecuję rozważyć, jak tylko opublikuję tego posta, czy aby nie wyrwać sobie tego mojego niewyparzonego jęzora z jamy gębowej… 

Update (30 sekund przed publikacją)

Po głębokim namyśle postanowiłem jednak tego nie robić, bowiem z doświadczenia wiem, że egotyzm i megalomania stanowią nienaruszalne jądro osobowości Gochy, więc następny jej telefon, najprawdopodobniej doskonale wpasowujący się w zwyczajną konwencję, z obsobaczenia jej mnie rozgrzeszy…  

sobota, 18 lutego 2017

Stylizacja

(…)

Idąc do pracy znalazła przy drodze sponiewierane zwłoki lisa, sine od odniesionych obrażeń. Ujęta ich niezwykłym fioletowym kolorem pomyślała, że szkoda byłoby, gdyby takie dobro się zmarnowało, podniosła je więc i okręciła wokół szyi. Zupełnie przypadkiem pasował idealnie do reszty jej garderoby, równie jak lisie truchło sinej. Pracowała cały dzień z tym lisim denatem u szyi, którego łapki smętnie majdały przy każdym jej co żwawszym ruchu. To był porażający widok. Koleżanka dba, żebyśmy się za szybko nie uodpornili na jej jakże efektowne stylizacje...

(…) 

wtorek, 14 lutego 2017